Z racji, że dzień bez roweru to dzień stracony postanowiliśmy pojeździć wieczorem. Celem naszej podróży był Chybotek. Niestety koło Grobu Karkonosza Weronika spękała i Chybotka zobaczymy następnym razem ;-)

Z racji, że dzień bez roweru to dzień stracony postanowiliśmy pojeździć wieczorem. Celem naszej podróży był Chybotek. Niestety koło Grobu Karkonosza Weronika spękała i Chybotka zobaczymy następnym razem ;-)
Po piątkowej wycieczce do Czech i pokonaniu kilkunastokilometrowych podjazdów zaplanowaliśmy sobie lajtową sobotę i jednocześnie 3. podejście do zdobycia Śnieżnych Kotłów. Aby uniknąć pokonywania znanych już nam szlaków wybraliśmy wariant dla niedzielnych turystów – wyciągu na Szrenicę. Po odstaniu w kolejce wjechaliśmy na górę gdzie czekały już na nas kozackie naleśniki z jagodami. ;-) Ze Szrenicy ruszyliśmy szlakiem pieszym obok Trzech Świnek w kierunku Śnieżnych Kotłów. Zgodnie z powiedzeniem ‘do 3x sztuka’ tym razem udało się. Zrobiliśmy kilka fotek i ruszyliśmy w drogę powrotną. Tym razem dołem, niebieskim a później zielonym szlakiem pieszym w kierunku Łabskiego Szczytu. Po drodze trzeba było pokonać szereg przeszkód wielkości 46-calowych telewizorów ale dla tych widoków było warto! Końcówkę wycieczki poprowadziliśmy znanym nam szlakiem nieopodal Kamieńczyka. Wycieczkę zakończyliśmy po raz kolejny mega żarciem w karczmie Niebo w gębie.
Tego dnia zrobiliśmy najdłuższą trasę urlopu. Szlakiem nr 2 dojechaliśmy do Polany Jakuszyckiej, później 13a na Orle, a dalej 13 do Harrachova gdzie zobaczyliśmy znanego dzięki wyczynom Adama Mamuta, Mumlavsky Vodospad, i zaliczyliśmy najdłuższy bo aż 16km podjazd na szczyt [Pod Vosecka Buda] nieopodal Szrenicy a później baaardzo szybki asfaltowy zjazd do Jakuszyc. Dzień zakończyliśmy mega żarciem w Szklarskiej. :)
Czwartkowy poranek powitał nas słabą pogodą toteż postanowiliśmy zrobić drugie podejście na Śnieżne Kotły i tym samym rozruszać inne partie mięśni. W górę udaliśmy się szlakiem żółtym, który doprowadził nas do Schroniska pod Łabskim Szczytem. W schronisku zjedliśmy kozackie pierogi ruskie, zmieniliśmy lekko mokre koszuliny i ruszyliśmy dalej. Niestety w okolicy Łabskiego Szczytu, kilkanaście minut od celu naszej wycieczki złapał nas potężny deszcz a szczyt schował się w gęstych chmurach. Nie mieliśmy więc wyjścia i ruszyliśmy z powrotem w kierunku domu do którego dotarliśmy całkowicie przemoczeni. Po kolejnej nieudanej próbie zdobycia Śnieżnych Kotłów morale spadło niemal do zera. Na szczęście udało się je odbudować po mega żarciu w karczmie „Niebo w gębie” – swoją drogą polecam to miejsce!
Zgodnie z zasadą, że urlop w Karkonoszach bez nielegalnego podjazdu to urlop stracony, zaplanowaliśmy wdrapać się rowerami na co najmniej jeden zakazany szczyt. Zgodnie z sugestiami dobrego człowieka z Informacji Turystycznej, wybór padł na Szrenicę. Ze Szklarskiej wyjechaliśmy Szosą Czeską w kierunku Jakuszyc a następnie odbiliśmy w lewo pod pozostałości po starej skoczni narciarskiej. Tam Weronika miała swoje 5 minut i zakręciła baletnicę na scenie po czym ruszyliśmy w kierunku Kamieńczyka gdzie zaczynał się właściwy dla nas podjazd. Przed przystąpieniem do forsowania formacji ochronnej KPN-u jaką była kasa biletowa z panią na leżaku postanowiliśmy dostarczyć sporej dawki energii w postaci lodów i gofrów w rozmiarze XXXL. Następnym krokiem były przygotowania do negocjacji a więc kaski z głów, rękawice w kieszeń a w garść aparat. Turystycznym krokiem ruszyliśmy w kierunku bramy. W odpowiedzi na bardzo wymowne „nie ma mowy” miałem już przygotowaną odpowiedź: „chyba nie myśli Pani, że moja baba tam podjedzie?!”. O dziwo zadziałało! Na odchodne usłyszałem tylko, że gdybym był z kumplami to nie mielibyśmy szans. Tak więc panowie, czasami baba na wakacjach się przydaje! ;-) Za pierwszym zakrętem z bananem na gębie wskoczyliśmy na rowery i ogień pod górę. Ogień wprawdzie szybko zgasł ale i tak było fajnie. Po drodze zrobiliśmy dwie przerwy bo z góry pędził niezidentyfikowany obiekt spalinowy 4×4. Na szczęście okazało się, że nie są to siły wroga tylko serwisanci Emitela. ;-) Schronisko na Hali Szrenickiej minęliśmy dla zmyłki z buta ale już za pierwszym krzakiem kosodrzewiny kręciliśmy dalej. Kolejny odcinek był dziecinnie prosty, nachylenie niewielkie a droga równa i szeroka. Turystów jak na lekarstwo ale to chyba wynikało z nieciekawej pogody – po kilku minutach ze szczytu zgoniła nas nadchodząca burza. Nie udało się więc pojechać dalej, w okolicę Śnieżnych Kotłów. Nie zmartwiliśmy się jednak zbytnio bo był to świetny argument do szybkiego zjazdu. Po kilkunastu minutach byliśmy na dole a niewiele później z powrotem w Szklarskiej. ;-) Dzień zakończyliśmy porządnym grillowaniem. ;-)
Wtorkowy poranek przywitał nas w końcu ładną pogodą. Decyzja o wyborze trasy była niemalże natychmiastowa – Nove Mesto i Singiel Track pod Smrkem! Do Novego Mesta przyjechaliśmy samochodem. Zrobiliśmy zapas browarów i ruszyliśmy na poszukiwania singla. Niestety nie było to łatwe bo nikt nie pokusił się o umieszczenie jakichkolwiek oznaczeń tej jakby nie patrzeć ciekawej atrakcji turystycznej. Złożyliśmy sprzęt, pogadaliśmy chwilę z kolegą z PL i ruszyliśmy w las. Pierwsza rundka była typowo rozpoznawcza, sporo czasu potrzebowaliśmy na znalezienie niektórych oznaczeń ścieżki i zrobiliśmy kilka fotek. Na trasie spotkaliśmy jeszcze dwóch hardcorów z Polski którzy pokonywali singla z masą sprzętu AV na plecach. Jak się później okazało, szykowali się do kręcenia filmu reklamowego dla znanego producenta rowerów i musieli wybadać teren. Druga rundka była już zupełnie inna. Kamera na kask i ogień w las! Zabawa była przednia, banan nie schodził z gęby aż do ostatniej hoopki! Ta atrakcję trzeba będzie kiedyś powtórzyć. Poczekamy jednak aż rozbudują trochę tą trasę bo pokonywanie kilkuset kilometrów wyłącznie dla osiemnastokilometrowej pętli, mimo wielu jej zalet, mija się z celem.
Na poniedziałek zaplanowaliśmy krótką wycieczkę, w dużej części po trasie rowerowej nr 3. Wyruszyliśmy ze Szklarskiej drogą w kierunku Świeradowa i szybko dotarliśmy do punktu widokowego na Zakręcie Śmierci a chwilę później do Leśnej Chaty przy której skręciliśmy w długą szutrową drogę prowadzącą w okolice Zbójeckich Skał. Dalej pojechaliśmy żółtym szlakiem pieszym w kierunku Piechowic. W Piechowicach złapał nas spory deszcz więc zorganizowaliśmy sobie mały popas pod przydrożnym drzewem. Z Piechowic pojechaliśmy szlakiem niebieskim, który doprowadził nas do Wodospadu Szklarki a chwilę później do Starej Chaty Walońskiej skąd udaliśmy się w drogę powrotną do domu.
W niedzielę w końcu wyszło słońce więc najszybciej jak się dało czyli koło południa ruszyliśmy na szlak. Ze względu na łatwe podjazdy wybór trasy padł na Dużą Pętlę Izerską, oznaczoną w terenie jako szlak rowerowy nr 13. Gdy w końcu po 4 dniach Weronika dorwała się do roweru, cisnęła tak mocno, że na pierwszym większym podjeździe na drodze prowadzącej do Polany Jakuszyckiej zerwała łańcuch. Straciliśmy przez to kilka minut jednak po szybkiej naprawie ruszyliśmy dalej. Z Polany Jakuszyckiej w kierunku Stacji Turystycznej Orle pojechaliśmy szlakiem czerwonym, który na tym odcinku pokrywa się z trasami rowerowymi nr 8, 9 i 10. Odcinek krótki i łatwy więc chcieliśmy go pokonać w kilka minut. Izerskie kamyki pokonały jednak moje Rocket Rony i dętkę. W 4 miejscach naraz. Czas uciekał więc szybko wziąłem się za naprawę. Tymczasem Weronika nie marnowała ani chwili i siała spustoszenie w pobliskich krzaczkach jagód. W schronisku pochłonęliśmy naleśniki z jagodami i ruszyliśmy dalej wzdłuż rzeki Izery do Chaty Górzystów a dalej żółtym pieszym do Kopalni Kwarcu Stanisław. Do Szklarskiej wróciliśmy szlakiem niebieskim. Całość trasy zamknęła się w 36 km.
Kolejny dzień przywitał nas… ulewą. Po chwili namysłu postanowiliśmy udać się do braci Czechów na zwiedzanie Pragi i zakupy w ‘monopolu’. Było miło tylko niezbyt rowerowo. Zanim zdążyliśmy zrobić zakupy, przegonił nas potężny deszcz. Do Szklarskiej wróciliśmy późnym wieczorem z nadzieją na lepsze jutro. Niestety jutro nie odstawało od normy. Lało od rana, ja co 5 minut waliłem palcem w F5 gapiąc się na wykresy na ICM’ie. Napięcie rozładowała dopiero wizyta na basenie. Nie ma co, urlop rowerowy na 100%!
Plan wyjazdu przewidywał dotarcie do Szklarskiej w środę przed południem. Jak to zwykle z planami bywa, potrafią się zmieniać – na miejsce dotarliśmy po 23. Plany na czwartek były jak zwykle bardzo ambitne – rano wizyta w it, kupno map, pytania o wysokość mandatu za wjazd na Szrenicę i Śnieżkę itp. tematy organizacyjne. W drodze powrotnej złapała nas ulewa z całkiem sporym gradem. Tak było do późnego popołudnia więc pierwszy dzień rowerowego urlopu spędziliśmy chodząc po knajpkach. Na szczęście przed wieczorem przestało lać więc ruszyliśmy z buta do Wodospadu Kamieńczyka. Z racji późnej pory wejście do wodospadu było zamknięte jednak niewielki płotek nie stawiał zbyt dużego oporu. ;-)